Cuda nad Wisłą
Cuda nad Wisłą
15 sierpnia jest obchodzone w Polsce Święto Wojska Polskiego. Zazwyczaj słyszymy przy tej okazji, że odbywa się ono w rocznicę „Cudu nad Wisłą” - zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej, decydującym starciu wojny z bolszewikami w latach 1919-1920. Określenie to zadomowiło się w języku polskim i dziś już nie wzbudza większych emocji. Sto lat temu było ono jednak w centrum politycznego sporu- zwłaszcza, że nikt nie był pewien o jakim „cudzie” mowa.
W czerwcu i lipcu 1920 roku Wojsko Polskie ponosiło klęskę za klęską w walce z nacierającą Armią Czerwoną. Na początku sierpnia oddziały Frontu Zachodniego Michaiła Tuchaczewskiego zagroziły Warszawie. Polacy rozpoczęli przygotowania do desperackiej obrony. W połowie sierpnia rozpoczęła się Bitwa Warszawska. Oddziały broniące stolicy w krwawych walkach zdołały wstrzymać pochód Armii Czerwonej na przedpolach Warszawy. 15 sierpnia na północ od Warszawy rozpoczęła się płytka ofensywa wojsk 5 Armii gen. Sikorskiego. Główne natarcie przeprowadziły świeże siły 4 Armii dowodzonej przez Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego, które z południa uderzyły głęboko w odsłonięte skrzydła Frontu Zachodniego Armii Czerwonej, siejąc popłoch i zmuszając bolszewików do panicznego odwrotu.
Było to wielkie zwycięstwo oręża polskiego. Świadek tych wydarzeń, brytyjski dyplomata Edgar Vincent D'Abernon, określił walki pod Warszawą jako osiemnastą decydującą bitwę w dziejach świata. Wkrótce po odparciu bolszewików spod bram stolicy wśród Polaków ze wzmożoną siłą wybuchły na nowo spory, które chwilowo tylko zostały powstrzymane przez grożące ojczyźnie niebezpieczeństwo. Właśnie wtedy swą olbrzymią karierę rozpoczęło określenie „Cud nad Wisłą”.
Za jego autora uważa się prawicowego publicystę i polityka, Stanisława Strońskiego. Po raz pierwszy użył go 14 sierpnia 1920 r. w artykule „O cud Wisły” zamieszczonym w dzienniku „Rzeczpospolita”. Pisał w nim tak: „... żeby Warszawa wpaść miała w ręce bolszewików, żeby Trocki miał wejść do miasta jak ongi Suworow i później Paskiewicz, żeby ten sam dziki, a dzisiaj jeszcze dzikszy, bo podniecony przez mściwych i krwiożerczych naganiaczy sołdat i mużyk pohulać miał w stolicy odrodzonej Polski, tej myśli wojsko nasze nie zniesie i każdy żołnierz sobie powie: po moim trupie. /.../ I gdy w jutrzejszą niedzielę zbiorą się miliony ludności polskiej w kościołach i kościółkach naszych, ze wszystkich serc popłynie modlitwa: Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę, Wolność, zachowaj nam Panie. Błogosławiony tą modlitwą ojców, matek, sióstr i małej dziatwy o ziszczenie się cudu Wisły, żołnierz polski pójdzie naprzód z tym przeświadczeniem, że oto przypadło mu w jednej z najcięższych chwil w naszych tysiącletnich dziejach być obrońcą Ojczyzny".
Trudno nie dostrzec bijącego z tych słów fatalizmu i desperacji. Już kilka dni później Stroński wrócił do pisania o „Cudzie Wisły”, tym razem jednak z pozycji triumfu. Porównał Bitwę Warszawską z bitwą nad Marną z 1914 roku, nazywaną również „cudem nad Marną”. Sytuacja Francuzów wyglądała wówczas podobnie- Niemcy stali na przedpolach Paryża, a żołnierzy na pole bitwy dowozili paryscy taksówkarze. Dla prawicy, dla której Francja była wzorem, porównanie to było niezwykle pochlebne. Tak jak Cud nad Marną był dziełem bohatera Francji, marszałka Ferdynanda Focha, tak zdaniem Strońskiego Warszawa miała swojego bohatera- Józefa Hallera, dowódcę oddziałów broniących stolicy.
Z perspektywy stu lat nie doceniamy jak gorące były spory polityczne w II RP. W tamtych czasach rękoczyny pomiędzy politykami wcale nie należały do rzadkości (sam Stroński jako poseł został w 1923 roku publicznie spoliczkowany). Gazety były jawnie stronnicze i często grały na emocjach czytelników (kampania nienawiści doprowadziła do śmierci prezydenta Narutowicza). Dla prawicy Piłsudski był wrogiem numer jeden. Nie do pomyślenia było, żeby na łamach prasy narodowej zebrał laury za największe zwycięstwo oręża polskiego. Generał Haller był zaś bliski obozowi narodowemu, dowodził słynną „Błękitną Armią”, dowodził oddziałami broniącymi Warszawy. Stroński chwalił również gen. Sikorskiego, który (choć wcześniej służył w Legionach) zgodnie współpracował z Hallerem. Uderzenie znad Wieprza było jego zdaniem jedynie pomocniczym.
Za Strońskim, najzdolniejszym publicystą prawicy, poszli inni autorzy związani z obozem narodowym, choć jego myśl rozwinęli by jeszcze bardziej uderzyć w Piłsudskiego i przypodobać się Francji. Na łamach pism takich jak „Gazeta Warszawska” czy „Przegląd Narodowy” Naczelnik Państwa obwiniany był o megalomanię, niekompetencję, tchórzostwo. Związani z nim oficerowie zdaniem narodowców nie nadawali się do niczego. Prawdziwym Cudem nad Wisłą ich zdaniem była obecność w Polsce gen. Maxime Weyganda. Był on członkiem Misji Międzysojuszniczej do Polski. W czasie I wojny światowej był szefem sztabu marszałka Focha. W sierpniu 1920 roku był swoistym „konsultantem” dla polskich dowódców. „Gazeta Warszawska” pisała tak:
„Cała Warszawa, a nawet cała Polska wie, że plan obrony Warszawy, a raczej cały plan obrony Polski wygotowany został przez szefa sztabu marszałka Focha, generała Weyganda.”
W końcu sam zainteresowany zaprzeczył jakoby to on był autorem zwycięskiego planu:
„To zwycięstwo, które jest powodem wielkiego święta w Warszawie, jest zwycięstwem polskim. Przewidujące operacje wojskowe zostały wykonane przez generałów polskich na podstawie polskiego planu operacyjnego. Moja rola, jak też rola oficerów z misji francuskiej, ograniczyła się do wypełnienia kilku braków w szczegółach wykonania. Współpracowaliśmy z najlepszą chęcią w tym zadaniu. Nic ponadto. To bohaterski naród polski sam się uratował. Francja ma dosyć własnej chwały wojennej i nie ma roszczeń do chwały przyjacielskiej Polski.”
Narodowcy wiedzieli jednak lepiej. Uznali po prostu, że skromność lub wymogi dyplomacji nie pozwalają generałowi przyjąć należnych mu pochwał.
Dziś już nikt nie przypisuje kluczowej roli generałom Hallerowi i Weygandowi. Ich rola została dokładnie wyjaśniona. Czasami jednak nawet współcześnie można spotkać się z opinią, że zapomnianym bohaterem i autorem zwycięskiego planu kontrofensywy był gen. Tadeusz Rozwadowski, Szef Sztabu Generalnego. Przekonanie to zrodziło się jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym. Rozpowszechnił je Marian Kukiel, wojskowy i historyk, który w 1925 roku opublikował pracę w której główne zasługi przypisywał Rozwadowskiemu. Kukiel pracował jednak jedynie na części źródeł, bo wiele materiałów było jeszcze utajnionych, miał więc wypaczony obraz rzeczywistości. Publikacja ta po przewrocie majowym kosztowała go stanowisko, choć specjalna komisja orzekła, że pracował sumiennie.
Jak to jednak było z „Cudem nad Wisłą”? Który z wymienionych oficerów odegrał kluczową rolę w bitwie warszawskiej? Większość badaczy zgadza się, że autorem koncepcji ataku znad Wieprza był Józef Piłsudski. Choć nie miał on wykształcenia wojskowego, miał intuicję i głęboką wiedzę. Już w lipcu dążył do ataku oskrzydlającego z kierunku południowego, lecz wówczas nie zaistniała możliwość jego przeprowadzenia. Swój plan marszałek konsultował z Weygandem i Rozwadowskim. Francuz nie był zachwycony- zaproponował znacznie mniej śmiały atak z północy siłami 5 Armii Sikorskiego. Jego pomysł został włączony do planu jako uderzenie pomocnicze. Rozwadowski, doskonale wykształcony oficer byłej Armii Austro- węgierskiej , miał swoje zastrzeżenia. Obawiał się, że obszar koncentracji nad Wieprzem jest zbyt odległy od Warszawy. Piłsudski przekonał go jednak, że potrzeba czasu na przygotowanie sił. Ustaliwszy plan, Piłsudski udał się do premiera Witosa i złożył na jego ręce dymisję na wypadek klęski. Marszałek wiedział, że jeśli bitwa będzie przegrana, Anglia i Francja nie zechcą z nim siąść do stołu rokowań i nie pomogą Polsce. Witos schował dymisję do sejfu i jej nie wykorzystał- zwrócił dokument Piłsudskiemu, kiedy ten wrócił do Warszawy po bitwie.
Rozwadowski jako szef sztabu zabrał się do pracy. Ogólną koncepcję wodza musiał rozpisać na rozkazy. Polskim oficerom sztabowym pomagał w tym Weygand i jego oficerowie. Była to tytaniczna praca. Ponieważ Piłsudski w tym czasie wyruszył najpierw do Puław, by pożegnać się z rodziną a następnie do oddziałów, na rozkazach z tego czasu znajduje się nazwisko Rozwadowskiego.
13 sierpnia rozpoczęła się krwawa bitwa pod Ossowem, trwająca do 15 sierpnia. Oddziały polskie dzięki odwadze i ofiarności zdołały zatrzymać i odepchnąć nacierające wojska bolszewickie. Sytuacja była jednak wówczas bardzo trudna. Dowodzący obroną Warszawy gen. Haller zwrócił się o pomoc do 5 Armii Sikorskiego, który przyspieszył natarcie i uderzył na Rosjan 15 sierpnia- przed Piłsudskim. Jego oddziały zaangażowały się w ciężkie i mozolne walki, ale odnosiły sukcesy. Jednym z nich było zdobycie wrogiej radiostacji, co sparaliżowało rosyjską łączność.
Wieczorem 15 sierpnia czołówki 4 Armii Piłsudskiego przekroczyły Wieprz. W ciągu kilku dni rozbiły słabe w tym miejscu siły radzieckie i wyszły na tyły armii Tuchaczewskiego. Gdy rosyjski dowódca zorientował się w sytuacji, zdał sobie sprawę, że przegrał i zarządził odwrót. Usuwanie bolszewików z ziem polskich zajęło jeszcze kilka miesięcy, ale wojna była wygrana.
Był jeszcze jednak jeden „cud”, który poruszał wyobraźnię Polaków. Arcybiskup Aleksander Kakowski, późniejszy Prymas twierdził, że kluczowym momentem bitwy była śmierć młodego księdza, Ignacego Skorupki, który zginął podczas potyczki pod Ossowem 13 sierpnia. Tak pisał arcybiskup: „Między innymi poszedł i ksiądz Skorupka, młody i pięknej powierzchowności kapłan, który jeszcze piękniejszą miał duszę. Chwila śmierci ks. Skorupki jest punktem zwrotnym w bitwie pod Ossowem i w dziejach wojny 1920 roku. Do tej chwili Polacy uciekali przed bolszewikami, odtąd uciekali bolszewicy przed Polakami”. W prawicowej narracji pierwiastek nadprzyrodzony był eksponowany często. Przełomowy dzień bitwy, 15 sierpnia pokrywał się wszak ze świętem Wniebowzięcia Marii Panny. Najlepszą ilustracją tej narracji jest namalowany w 1930 roku obraz Juliusza Kossaka „Cud nad Wisłą. Bitwa Warszawska”. Na pierwszym planie widzimy księdza Skorupkę wiodącego do szturmu żołnierzy z krzyżem w ręku, nad nim zaś Matka Boska prowadzi zastępy niebiańskiej husarii.
Jeszcze nie opadł kurz po bitewnych zmaganiach, w Warszawie zaczęto mówić o cudzie. W zależności od sympatii politycznych różnie upatrywano jego sprawcy. Ratunek przyszedł z nieba, z Francji, dzięki postawie pojedynczych oficerów... Jedynie zwolennicy Piłsudskiego odżegnywali się od cudu- nie potrzebowali go. Dla nich zwycięstwo zostało odniesione dzięki geniuszowi Naczelnika. W prasie piłsudczykowskiej określenie „Cud nad Wisłą” padło raz. Dla Piłsudskiego Bitwa Warszawska była jego największym zwycięstwem, powodem chwały. Pewną ironią jest, że dziś mówimy o Piłsudskim jako o sprawcy cudu- sam tego określenia nie znosił. Cudem natomiast jest, że w chwili zagrożenia tak różni ludzie, którzy obrali zupełnie różne ścieżki życia potrafili się porozumieć, by wspólnie ratować to co było dla nich najcenniejsze- ojczyznę i wolność.


- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!